fot. TVP Adrian Klarenbach, prezenter TVP Info "Kanałów informacyjnych mogłoby powstać jeszcze kilka. Jeżeli ktoś jest jednostką poszukującą i żądną informacji, to tym lepiej dla niego, im więcej takich kanałów jest".
Bronisław Wildstein, dziennikarz, publicysta, pisarz, były prezes TVP
Kiedy działał Pan w opozycji, a więc począwszy od czasów studenckich, to wiedział Pan kim będzie w przyszłości?
Do pewnego stopnia tak, ale przyznaję, że zostałem dziennikarzem trochę przez przypadek - w pewnym momencie zorientowałem się, że nim jestem. W 1977 roku brałem udział w stworzeniu podziemnego pisma, które nazywało się "Indeks". To było dla mnie narzędzie działania, walki z komuną. I tak to traktowałem cały czas. Robiłem kolejne pisma, pisywałem do innych.
Czyli po historycznym sierpniu 1980 roku, kiedy wyjechał Pan na Zachód, miał Pan już wtedy doświadczenie dziennikarskie?
Jakieś tam miałem, ale nie myślałem wtedy o sobie jako dziennikarzu. Trochę zabawne, bo miałem juz wtedy wiele opublikowanych tekstów. Posiadałem również doświadczenie w redagowaniu pism podziemnych, bo na początku "Indeksu", potem "Sygnału", później "Biuletynu NZS-u". Byłem współtwórcą i autorem tych pism, więc jakieś doświadczenie w tym zakresie posiadałem. Zrozumiałem, że jestem dziennikarzem już na emigracji, gdy zostałem redaktorem naczelnym miesięcznika "Kontakt", a jednocześnie robiłem relacje dla Radia Wolna Europa.
Pracę w tym radiu podjął Pan dlatego, że był Pan znany jako dziennikarz - działacz podziemia?
Radio Wolna Europa to była dla nas niesłychanie ważna stacja. To było takie okno na świat, jedyny dopływ stałych i wiarygodnych informacji. Gdy znalazłem się na emigracji zaproponowano mi w nim pracę etatową, ale jej nie przyjąłem, bo uważałem, że jest potrzeba stworzenia nowego pisma emigracyjnego. Co prawda była "Kultura", z którą miałem bardzo dobre relacje, ale duża grupa nowej emigracji, m.in. cały wielki ruch Solidarności, powinna mieć reprezentację za granicą. "Kontakt" miał mieć wiele nowych funkcji i on tak naprawdę powstał przy świetnych relacjach z "Kulturą". Później, kiedy już stamtąd odszedłem, to w '87 roku zacząłem już na stałe pracować w Radiu Wolna Europa, robić dla nich korespondencje.
Jakie były warunki uprawiania wtedy dziennikarstwa na emigracji?
Na początku trudno było mówić o uprawianiu dziennikarstwa. Zaczęliśmy robić to pismo w ogóle bez pieniędzy, na każdy numer trzeba było je zdobywać. Mój ówczesny wspólnik, Mirek Chojecki, zajmował się bardziej stroną organizacyjną, finansową, a ja merytoryczną, czyli redagowałem pismo. By z czegoś żyć i utrzymywać rodzinę pracowałem jako stróż nocny. Przyjeżdżało wtedy wielu dziennikarzy z Polski, mówili, że będą u nas pracować, pytali, jakie są warunki. Dziwiłem się wtedy: jaki etat? Za nic nie płacimy. Oni nie byli w stanie pojąć tej sytuacji, ja byłem do tego przyzwyczajony. Z czasem brałem za robotę w "Kontakcie" jakieś pieniądze. Nie mogłem już być dalej tym stróżem nocnym, bo coraz trudniej było mi to godzić z robieniem gazety. Było to specyficzne redagowanie. Na początku współpracowałem także przy makiecie wycinając ją nożykiem, bo wtedy przecież nie było komputerów, składałem to, segregowałem. Osobiście robiliśmy wszystko. To był taki element działalności opozycyjnej, w taki sposób to traktowałem. Miałem już wtedy na pewno kilkadziesiąt opublikowanych tekstów i kilka pism, które redagowałem, więc pomyślałem, że jestem dziennikarzem.
Po powrocie do kraju, a więc w 1989 roku, został Pan szefem Polskiego Radia Kraków. Jak wyglądała droga do tej prezesury?
Tutaj mi zaproponowano objęcie tego stanowiska.
Tak z marszu?
Tak. Jak już upadł komunizm, to ja się raz z Radiem Wolna Europa wytargowałem, żeby mnie puścili do Polski i udało się w jesieni 1989 roku. Niewiele później przyjechałem całkiem. To nie było też takie proste. Nie miałem pieniędzy ani mieszkania. I co, przyjechać do matki, meldować się z powrotem, że synek chce wrócić z rodziną? Szukałem zajęcia i dostałem propozycję zostania szefem radia w Krakowie. Doświadczenie radiowe przecież miałem, więc pomyślałem "czemu nie?" i przyjechałem konkretnie na to stanowisko.
A jak wyglądał Pana kontakt z "Gazetą Wyborczą"?
Nigdy nie byłem jej dziennikarzem, o czym wielokrotnie czytam. Jako korespondent czasami do nich pisałem. Niby teksty informacyjne, ale elementy publicystyki też były. Jak dotąd nie zapłacili mi za to. Właściwie powinienem wytoczyć im proces i z odsetkami to by nieźle dzisiaj wyszło. To nie była przecież jedyna gazeta. Do "Tygodnika Powszechnego" też pisałem. To były moje pierwsze w Polsce oficjalne publikacje po 1989 roku. Później opublikowałem jeszcze kilka artykułów w "Wyborczej". A nawet w 1997 roku, jak wyleciałem z "Życia", dostałem propozycję od samego Michnika, żeby tam pracować, ale nigdy jej nie przyjąłem. Chciałem mieć tam stały felieton, ale z tym były kłopoty.
A teraz jaki ma Pan stosunek do "Gazety Wyborczej"?
Bardzo zły.
Co sądzi Pan o tym, że Adam Michnik po dzień dzisiejszy jest redaktorem naczelnym "Gazety Wyborczej"? Wyobraża Pan sobie tę gazetę bez niego?
Adam Michnik może przestać być szefem "Wyborczej", ale on uformował tych ludzi. On ich stworzył, oni za nim wszystko powtarzają i on ukształtował ich widzenie świata. Zresztą co można mówić o Michniku? To błyskotliwa postać, która rozłamuje się na dwie części - z jednej strony to jest człowiek, który ma bardzo duże zasługi walki z komunizmem i nie wolno mu tego odbierać. Natomiast na pewno wszystko co robi od upadku komunizmu uważam, że jest złe i szkodziło Polsce. On jest wielkim szkodnikiem. Jest ideologiem III RP. I nie widzę właściwie żadnych jego pozytywnych działań później. Długi czas jego gazeta miała monopol na opinie, który za pośrednictwem innych mediów narzucany był ogółowi Polaków. Dziś Michnik już tak naprawdę nie kieruje tą gazetą. Tam naczelnym jest de facto Kurski. Ale duch Michnika prowadzi "Wyborczą".
Czy to jest działanie układu?
Przeciwko PiS-owi było większość mediów prywatnych i elektronicznych. To, że gazety mają pewną linię polityczną to jeszcze nie jest działanie układu. Problemem jest to, że większość dziennikarzy przyjmuje poglądy nie licząc się z rzeczywistością. To nie jest problem tylko w Polsce, bo jak się przyjrzeć różnym badaniom to dziennikarze generalnie we wszystkich krajach Zachodu, łącznie z Ameryką, są bardziej przesunięci na lewo niż średnia społeczna. W takiej sytuacji dosyć często biorą na siebie rolę nauczycieli usiłując narzucić ogółowi swoje, czyli "właściwe" poglądy i bezpardonowo zwalczając inne. W Polsce mamy szczególne nasilenie tego zjawiska. Z tym że "Gazeta Wyborcza" nie była nigdy tubą, a istotnym elementem funkcjonującego w Polsce układu. Polegał on na tym, że poza parawanem demokracji rządził w Polsce establishment złożony z postkomunistów i ich sojuszników z grona dawnej opozycji. Afera Rywina to jest pęknięcie wewnątrz tego układu, walka wewnętrzna, która doprowadziła do odsłonięcia tego całego mechanizmu i w efekcie załamania się tego systemu.
Od początku miał Pan prawicowe i konserwatywne poglądy?
Nie. We wczesnej młodości, kiedy nic nie wiedziałem o polityce i demokracji, uważałem się nawet za anarchistę. Potem, już po koniec lat 80., ewoluowałem w kierunku liberalizmu, ale takiego klasycznego, anglosaskiego, który współcześnie uosabiał Hayek. Z czasem stawałem się coraz bardziej konserwatywny. Na to nakładał się stosunek do rzeczywistości w Polsce. Muszę przyznać że po powrocie dałem się zwariować, omamić. Uwierzyłem przyjaciołom, że grozi nam straszny populizm pod wodzą Wałęsy, który zniszczy reformy ekonomiczne; że zagraża nam dyktatura Solidarności i takie nonsensy. Podczas pierwszych wyborów prezydenckich głosowałem najpierw na Mazowieckiego, a w drugiej turze dopiero na Wałęsę. Potem głosowałem - muszę się z bólem przyznać - na Unię Wolności. Od tego momentu moje poglądy zaczęły ewoluować. Zajmowałem się wtedy reformą radia. Napisałem wówczas taki duży tekst, zresztą ostatni do "Tygodnika Powszechnego", w którym dość mocno zaatakowałem brak reform w mediach publicznych za czasów Andrzeja Drawicza. Drawicza i Radiokomitetu bronił wówczas m.in. Jan Dworak, twierdzący, że wszystko jest O.K. i wymaga tylko kosmetycznych zmian. Krok po kroku to dostrzegałem tę zachowawczą postawę ekipy Mazowieckiego. W 1992 roku napisałem długi tekst o potrzebie dekomunizacji, ale nie wydrukowali mi go w "Tygodniku Powszechnym" tylko w "Gazecie Krakowskiej". Dopiero wtedy zacząłem postrzegać jako słuszne diagnozy Jarosława Kaczyńskiego. One wydawały się trochę na wyrost, ale stopniowo, wraz z rzeczywistością, przekonywałem się do nich.
Lubi Pan określenie prawicowego publicysty?
Ten stempel określać ma takiego "gorszego" publicystę. Są bowiem publicyści - nikt jakoś nie wypomina im lewicowych poglądów - i prawicowi publicyści. Jak ktoś ma trochę odmienne poglądy, to od razu pisze się, że jest skrajnie prawicowy. Nie pisze się, że Jacek Żakowski to lewicowy publicysta. A przy mnie musi być zawsze ta prawicowa etykieta. To tak jak mówi się, że jeśli Jan Pospieszalski pojawia się w TVP to musi być czymś zrównoważony. A dlaczego ma być z czymś zrównoważony? Na czym polega skrajność Janka Pospieszalskiego? Na tym, że nie ukrywa, iż jest osobą wierzącą? Większość Polaków jest wierzących. Czy to jest jakaś przypadłość? Czy Pospieszalski jest fanatykiem? Oczywiście, że nie. Jest osobą, która uznaje hierarchię wartości i dobrze. Dlaczego ktoś musi go z czymś równoważyć? To jest presja lewicowa, która spycha poglądy ogromnej większości do skansenu.
Od kogo dostał Pan propozycję kandydatury na prezesa TVP?
A, to już Pan pyta o takie tajemnice kto za tym stoi. Od rady nadzorczej (śmiech).
A dlaczego zgodził się Pan objąć tę funkcję?
Bo uważałem, że media publiczne to bardzo ważna sfera życia społecznego oraz że trzeba je zasadniczo zmienić i naprawić. W wypadku Telewizji Polskiej zwykle mówi się tylko o tym, co widać na ekranie. Ja obejmując stanowisko jej prezesa zastałem tę telewizję w strasznym stanie. Żeby coś tam zrobić, to trzeba zmienić całą instytucję, która jest źle zorganizowana. Proszę sobie wyobrazić, że nie było tam dyrektora finansowego. To jest niebywałe. Trzeba było zreformować strukturę, odbudować cały wymiar informacyjny. Postanowiłem zrobić z TVP3 stację informacyjno-publicystyczną, bo uważałem, że taki jest obowiązek telewizji publicznej. Chciałem odbudować misję tej telewizji, bo na przykład programy kulturalne leciały o pierwszej w nocy czy jeszcze później. To chyba dla ludzi chorych na bezsenność.
Co udało się Panu zmienić w TVP, a co nie?
W ciągu tych 9 miesięcy udało się zmienić dużo w infrastrukturze. Porządkowanie wewnętrzne to porządkowanie instytucji. Trzeba było stworzyć porządny pion finansowy, bo to jest ważne, żeby pieniądze nie wyciekały stamtąd, żeby zapewnić mechanizmy produkcyjne. Ale przez taki krótki okres czasu nie sposób doprowadzić do ładu takiej ogromnej instytucji. Uporządkowanie relacji z producentami i tego typu rzeczy są niesłychanie ważne. Ja w ogóle miałem jeden głos w 5-osobowym zarządzie. Jak przyszedłem do tej telewizji to wierzyłem, że będę miał w zarządzie wspierających mnie ludzi, a okazało się, że byłem skazany na walkę wewnętrzną. To też zżerało bardzo dużo czasu i nerwów. Ale stworzyłem agencję informacyjną, która miała się w całości zajmować programem informacyjnym. Teraz TVP Info trochę z tych moich projektów korzysta, ale to jest dalece niezadowalająca ich realizacja. Projekt robią ludzie, a część z nich odeszła ze mną, część została wyrzucona i efekt jest jaki jest. W Jedynce pojawiły się nowe programy kulturalne, które teraz zostały częściowo zredukowane czy zepchnięte z powrotem na pierwszą godzinę w nocy. Na przykład przełożenie programu "Łossskot", który generalnie był dla młodych ludzi, na piątkowy wieczór, kiedy oni nie siedzą przed telewizją, tylko oddają się głównie życiu towarzyskiemu, to był pomysł na zniszczenie tego programu. Mógłbym mnożyć te przykłady. Mam wrażenie, że nowa władza w telewizji jest dwoista. Z jednej strony w wymiarze informacyjnym do pewnego stopnia była serwilistyczna dla rządzącego PiS-u, a z drugiej strony robiła ukłony pod adresem salonu. Jedną z pierwszych moich decyzji było zdjęcie z anteny "Stawki większej niż życie" czy "Czterech pancernych i psa" oraz wycofanie się z transmisji Nike. Dlaczego literacka nagroda jednej gazety ma być tak bardzo eksponowana w TVP? Przecież są inne nagrody, m.in. Nagroda Mackiewicza, Kijowskiego, Kościelskich. Nie widzę powodu, żeby te były gorsze.
Żałuje Pan tego rozgłosu, albo wręcz afery, z opublikowaniem nazwanej Pańskim nazwiskiem tzw. listy Wildsteina? Wyniósłby ją Pan z powrotem?
Oczywiście, że wyniósłbym. Proszę pamiętać, że ja tej listy nie publikowałem w Internecie. Jakbym chciał to bym opublikował. Mówiłem zresztą wtedy głośno w mediach, że zastanawiałem się nad publikacją, ale jednak tego nie zrobię, dlatego że to jest materiał ciekawy dla dziennikarzy, punkt wyjścia ich pracy. Ale sama w sobie może być źródłem różnych konfuzji. Parę procent osób z tej listy to tacy, których typowano na tajnych współpracowników, a którzy nimi nie zostali. Pakowanie ich do tego samego zbioru co agentów i funkcjonariuszy jest niesprawiedliwe.
To dlaczego Pan ją wyniósł?
Dlatego że wtedy za wszelką cenę próbowano zamknąć archiwa IPN-owskie. Tam na tej liście mamy na przykład imię i nazwisko, które jest takie samo, co tatusia Jana Kulczyka, który mówił, że pierwszy milion dostał od ojca. Byłoby ciekawie zobaczyć czy tak rzeczywiście było. Przyznam, iż nie przypuszczałem, że będzie z tego aż taki poziom awantury.
Spodziewał się Pan, że konsekwencją tego będzie zwolnienie Pana z pracy w "Rzeczpospolitej"?
Nie. To było wielkie zaskoczenie. Tym bardziej że jednego dnia redaktor naczelny publikuje tekst, że proponuje debatę i ma do mnie wielkie zaufanie, a następnego dnia wywala mnie z roboty. I to jest zaskakujące.
Ma Pan na swoim koncie kilka książek, jednak trudno powiedzieć, żeby ludzie kojarzyli Pana jako pisarza. Dlaczego tak jest?
Bo pewnie jeszcze nie czas (śmiech). Publicystykę staram się pisać bardzo czytelnie i przejrzyście. Pisząc artykuł myślę o odbiorcy, żeby ten krótki przekaz był jasny. Pisząc literaturę zajmuję się jakąś sprawą i chcę ją w maksymalnie adekwatny sposób opisać. A to, że tekst jest bardziej skomplikowany wtedy, to już mnie mniej obchodzi. Chociaż muszę przyznać, że wraz z wiekiem staram się pisać w sposób coraz prostszy. Mam głębokie przeświadczenie, mówiąc za Słowackim, że moje zwycięstwo jako pisarza będzie za grobem, ale oczywiście wolałbym, żeby było wcześniej.
Czy uważa Pan, że osoba, która jest znana jako publicysta polityczny, gdzie jasno wyraża swoje poglądy, może być postrzegana w późniejszej pracy przez ludzi jako dziennikarz niezależny? Przecież wiele głosów było, że Pan będzie ulegał naciskom politycznym jako prezes TVP...
Osoba, która zajmuje się publicystyką polityczną powinna być niezależna. Ale nie ma zależności od poglądów, ponieważ każdy ma jakieś poglądy. Ja w jakichś sprawach mogę popierać którąś partię, ale gdy widzę, że ona nie robi tego, co powinna, to wtedy ją krytykuję.
W jaki sposób, obejmując stanowisko prezesa TVP, odczuwał Pan, że są tam ludzie, którym zależy na Pana szybkim odwołaniu?
Byłem pewny, że ogromnej wielkości. Radzie nadzorczej też, bo to są nominaci polityczni, więc oni działali tak, jak im partia kazała. A osoby z LPR w czasie obrad były na telefonie u Giertycha i z nim uzgadniały wszystkie sprawy (śmiech). Tutaj nie ma mowy o żadnej niezależności. Wiedziałem doskonale, że jest lobby wewnętrzne, któremu zależy, żeby mnie wywalić, bo telewizja to jest strasznie łakomy kąsek, strasznie duża firma, której budżet, jak ja tam byłem, wynosił około 2 miliardów złotych rocznie. To są ogromne pieniądze, a przy takich można ukręcić sobie kureczek i choćby niewiele, ale te kilka milionów zawsze upuścić dla siebie. Tam nie tylko była korupcja, ale problem z doborem producentów, którym zlecano programy. Teraz już w mniejszym stopniu, ale telewizja publiczna kreuje autorytety, bo ktoś, kto jest zapraszany do programu TVP jako konsultant w danej dziedzinie, to zaczyna w końcu funkcjonować u widzów jako autorytet. To jest bardzo złożona instytucja, która jest obiektem pożądania bardzo wielu grup, bo dzięki niej można robić różne interesy, hierarchie społeczne. Jeśli ja chciałem wprowadzić jakieś zmiany, to ogromnie naruszałem status-quo, który tam był. Podważałem pozycję całych środowisk, które wcześniej wykorzystywały telewizję jako instrument dla swoich celów. W związku z tym oni robili wszystko, żeby mnie stamtąd wyciąć i wiedzieli w jaki sposób mają to robić. Zawsze można wypuścić plotę, że ja chcę zrobić jakąś intrygę polityczną, dotrzeć tym do rządzących, tak żeby oni chcieli mnie odwołać. Cały czas była taka aura pomówień, insynuacji.
To podobnie jak w Polskim Radiu słyszymy afery związane z prezesem Targalskim...
Tak. Zresztą Jurek ma niewyparzoną gębę i za to obrywa.
Jak wyglądał Pana kontakt z pracownikami redakcji informacyjnych? Bywał Pan tam czy tylko wydawał decyzje z góry?
Telewizja Polska to jest kilka tysięcy ludzi. Czasami bywałem, ale trzeba zdać sobie sprawę, że ja poświęcałem sprawom telewizyjnym po kilkanaście godzin dziennie każdego dnia w tygodniu. Co dzień miałem świadomość, że z wielu zaplanowanych zadań nie zrobię. Ta głęboka reforma wymagała ogromnej pracy. Mój następca jest jakoś dobrze zorganizowany. Nie musi tam bywać. Hm, dziwne. Zresztą ja nie ściągałem wszystkich do siebie. Spośród wszystkich dotychczasowych prezesów najwięcej chodziłem po telewizji, bywałem również w siedzibie przy pl. Powstańców. Ale ten kontakt i tak był umowny. Bo kilka tysięcy ludzi jest zatrudnionych, a dużo współpracuje, jeszcze są przecież oddziały.
To Pan rozpoczął tworzenie TVP Info. Jest Pan zadowolony z jej obecnego kształtu?
Nieszczególnie. Zresztą mało mam czasu, żeby ją oglądać. Moim zdaniem ten pion informacyjny tam dalece jeszcze nie dorasta do oczekiwań, jakie można od niego mieć. Dobrze, że w takim kształcie to jest, ale mogłoby być lepiej.
Do kogo może mieć Pan pretensje za odwołanie? Do PiS-u za uległość wobec żądań LPR i Samoobrony?
To nie była tylko uległość. To była decyzja prezesa partii, który doszedł do wniosku, ze ja jestem mało uległy. Powiedział swoim przedstawicielom w radzie nadzorczej, żeby się dogadali z przedstawicielami LPR i Samoobrony i żeby mnie wywalili.
W jakich okolicznościach dowiedział się Pan o odwołaniu ze stanowiska?
To był poniedziałek. Nagle mianowany został brakujący członek rady nadzorczej i zorganizowane zostało niespodziewane posiedzenie. Wtedy zorientowałem się po co. Zrobione zostało to późno w nocy, żeby nie powodować rozgłosu. Dyrektor biura zarządu przyszedł do mnie zdenerwowany, informując, że rada nadzorcza mnie odwołała. To była jego inicjatywa, bo rada mnie nie wezwała na posiedzenie. Była chyba godzina 11 w nocy. Zadzwoniłem do swojej żony, powiedziałem "cześć, tu mówi ex-prezes". Zresztą wszyscy wiedzieli co się dzieje i dziennikarze czatowali na mnie, pytali. Pojechałem do domu, a gdzieś przed północą zadzwonili do mnie z rady nadzorczej i powiedzieli, żebym się stawił. Odpowiedziałem mało cenzuralnie, bo przecież o tej porze nigdzie bym się nie stawiał. W uzasadnieniu wypisywali głupoty, że to przez złe wyniki finansowe etc. Potem musieli się z tego wycofywać. Zresztą ja się tego wywalenia spodziewałem, bo wiedziałem, że stąpam po polu minowym. Robiłem cały czas swoje, bo gdybym się przejmował, to bym nic nie robił. W momencie wyrzucenia czułem niesmak i pomyślałem, że rządzący nie dorośli do swoich funkcji. Gdyby odpartyjnili TVP, to byłby pewien precedens i wielki postęp. Następcy zrobili telewizję niedobrą, która nie stara się być przeciwwagą dla innych mediów, i którym w związku z tym trudno zarzucać stronniczość.
Żałuje Pan tej przygody z telewizją?
Nie, bo to było dla mnie nowe doświadczenie. Na rzecz tej pracy musiałem prawie wszystko przerwać. Zapomniałem nawet o czym piszę w powieści, którą zacząłem wcześniej. Funkcja prezesa TVP wyłączyła mnie ze wszystkiego innego. Nic nie czytałem poza tym, co musiałem w związku z pracą. Wyszło z tego trochę straconego czasu, ale też trochę doświadczenia. Nie pierwszy i nie ostatni zostałem wywalony.
Mógłby Pan wymienić, które z Pana planów zmian w Telewizji Polskiej zostały niewykonane wskutek tak wczesnego odwołania Pana ze stanowiska?
Prawie wszystkie. Wielka restrukturyzacja telewizji została położona w całości, na przykład redukcja zatrudnienia. Nic takiego się nie zdarzyło. Dla dobra telewizji powinno się zredukować zatrudnienie nawet o 30 procent. Tego nie można zrobić szybko.
A Pański następca większość z tych planów odrzucił, zmodyfikował je czy kontynuuje?
On niby mówi, że kontynuuje, ale przecież widzę, że tak nie jest. Ja myślę, że obecny prezes wraca do starych zasad, że ma tylko reprezentować firmę, a gdzieś tam działają sobie w niej wewnętrzne siły, dzielą antenę między sobą i robią różne interesy.
Jakie miał Pan wcześniej doświadczenie telewizyjne?
Robiłem kilka programów, pisałem scenariusze, także obserwowałem wtedy tę pracę cały czas. Robiąc je obcowałem z telewizją. Praca w radiu i telewizji jest podobna, tyle że są obrazki, z czego sobie zdaję sprawę. Każdą instytucję trzeba rozpoznać, a to trochę czasu kosztuje.
Czyli nie uważa Pan, że kandydując na stanowisko prezesa telewizji publicznej trzeba mieć specjalne kwalifikacje związane z doświadczeniem w kierowaniu takim medium?
Nie, bo czy moi poprzednicy mieli jakieś specjalne kwalifikacje? To podobnie jak z polityką. Ktoś, kto nigdy nie był ministrem, a nagle nim został, to sprawa naturalna. Kwalifikacje na takie stanowisko powinny być specyficzne: postawa moralna, poziom intelektualny, umiejętności menadżerskie, orientacja w świecie mediów i szersze ich widzenie.
W jaki sposób pracownicy "Rzeczpospolitej" przyjęli Pana po powrocie do redakcji tej gazety? Entuzjastycznie czy raczej niechętnie?
Nie widziałem tych niechętnych, widziałem tylko życzliwych (śmiech). Zresztą jak mnie wyrzucano to ogromna ilość pracowników podpisała list w mojej obronie, a to o czymś świadczyło. Wcześniej jak mnie Wołek zwalniał z "Życia" to podobną solidarność wyrazili ze mną dziennikarze. Ale "Rzeczpospolita" bardzo się zmieniła. Ten redaktor naczelny, który mnie wyrzucał, sam został wyrzucony. Pojawił się na tym stanowisku mój dobry kolega, Paweł Lisiecki, który mi zaproponował powrót.
Jako publicysta bywa Pan codziennie w redakcji?
Narzuciłem sobie, że trzy razy w tygodniu tam jestem. Bo mogę być nawet częściej. Wiem, że gazeta to praca zespołowa, wiem jak ważny jest kontakt z ludźmi, dlatego bywam w redakcji.
W Pana karierze zawodowej były wzloty i upadki. Raz było o Panu głośno, raz cicho, raz był Pan na wyżynie, raz niżej. Nie sądzi Pan, że teraz - w porównaniu do wcześniejszych stanowisk kierowniczych - jest Pan na nizinie?
Powiem szczerze, że jakoś nie czuję szczególnego upokorzenia z tego powodu. Ja już naprawdę nie widzę powodu, żebym musiał być prezesem czy dyrektorem. Teraz piszę regularnie i może jestem w lepszej sytuacji, bo ludzie więcej moich tekstów czytają, więcej mnie znają, nie jestem anonimową osobą. A kim jest prezes? On coś tam działa, niby reformuje te programy, ale ich nie robi, jest gdzieś tam na górze. W związku z tym te relacje z odbiorcami medium, czyli na przykład widzami telewizji, są nikłe. Teraz lepiej mi się powodzi, bo wcześniej miałem nawał pracy. Nie tylko dyrektorzy, ale nawet wicedyrektorzy zarabiali więcej ode mnie. To są tylko brednie "Gazety Wyborczej", gdzie zsumowali odprawy odchodzących dyrektorów i podali, że ja im tyle dałem. Może jakbym się upierał to redaktor naczelny "Rzeczpospolitej" dałby mi jakąś wyższą funkcję. Może. Ale wcale za tym nie tęsknię.
Dziękuję za udzielenie wywiadu.
grudzień 2007 r.
Rozmawiał: Kamil Świętoń, Dziennikarze.info
Marek Markiewicz, szef Pionu Informacji i Publicystyki Telewizji Polsat: Adresujemy ten kanał (Polsat News - przyp. red.) do widzów Polsatu i wszystkich innych chętnych, nie czujemy się rywalami, którzy mają zniszczyć TVN24, musimy nadrobić różnicę siedmiu lat rozwoju. Mamy swoje patenty.